Translate

wtorek, 13 sierpnia 2013

Chapter # 10 Gotowi do drogi.

                                                       *Oczami Harry'ego*

Ostatni natłok wydarzeń sprawił, że nie mogłem zbytnio skupić się na pracy, więc szef poszedł mi na rękę dając trochę wolnego na uporządkowanie swoich spraw. Jestem mu za to wdzięczny, gdyż polubiłem pracę w kawiarni i nie chciałbym jej stracić. Dochodziło prawie południe, a za oknem panowała chłodnawa szaruga. No tak typowo londyńska pogoda. Odwróciłem twarz od szyby i skupiłem swój wzrok na znudzonej twarzy Gemmy. Nie miała ze mną ostatnio zbyt lekko, co ja mówię, byłem dla niej okropny. Pragnie mi pomóc a ja na nią burczę, jak obrażone dziecko. Zbliżyłem się do sofy, na której siedziała, i uśmiechając się rzekłem.

- Zbieraj się, wychodzimy.
- Dokąd? - spytała, lekko oszołomiona moją reakcją.
- Zobaczysz. - odpowiedziałem, ciągnąc ją za rękę w stronę korytarza.

Pochwyciliśmy swe kurtki i ruszyliśmy w stronę samochodu. Otworzyłem Gemmie drzwi, by zajęła miejsce koło kierowcy, po czym sam zasiadłem za kierownicą. Tak naprawdę nie miałem pojęcia, gdzie ją zabrać. Ale nie martwiłem się tym zbytnio, chciałem po prostu sprawić radość siostrze.

                                                    *Oczami Melissy*


- Długo jeszcze będziesz tam siedzieć? - usłyszałam zniecierpliwiony głos matki.
- Jeszcze chwilka.
- Jak nie chcesz dotrzeć do Londynu na noc, to radziłabym się powoli zbierać.
- Już idę! - fuknęłam podirytowana. Co złego w tym, że chcę dobrze wyglądać?

Jeszcze raz przejrzałam się w lustrze, po czym poprawiłam niesfornego kucyka i wyszłam z łazienki. Udałam się do swojego pokoju po bagaż, i ku mojemu zadowoleniu ujrzałam kochane niebieskie oczka wpatrujące się ze mnie.

- Louieh! - pisnęłam radośnie i rzuciłam się na szyję brunetowi.
- No cześć słońce. Pięknie wyglądasz. - rzekł z uśmiechem.

Odkąd mama wróciła, widywaliśmy się znacznie rzadziej, gdyż musieliśmy uważać, by nie zaczęła czegoś podejrzewać. Inaczej za nic nie puściłaby mnie na ten wyjazd.

Staliśmy jeszcze tak chwilę wtuleni w siebie, gdy po kolejnym wołaniu matki nie wytrzymałam i z wielką złością chwyciłam za stojące walizki. Wiem, że wyjeżdżam tylko na  weekend ale muszę być przygotowana na różne okoliczności - ciuchów nigdy za wiele. W każdym razie pochwyciłam bagaże i z grymasem na twarzy szarpnęłam za klamkę. Moja reakcja musiała wydawać się Louisowi zabawna, gdyż nie mógł pohamować napadu śmiechu, co mnie doprowadzało do jeszcze większego gniewu.

- Oj nie bulwersuj się tak. - rzekł gładząc mnie po policzku.

~Cholera, ten to wie, jak się przymilić.~

- Wiesz, że gdybym mógł, pomógłbym Ci z tymi torbami. - dodał po chwili.

Nie odpowiedziałam już nic, tylko posłałam mu delikatny uśmiech, na co on musnął swymi ustami me czoło. Gdy zeszliśmy na dół, w salonie czekała już na mnie matka, która nerwowo przebierała nogami..

~O co tyle szumu? Zachowuje się, jakby wysyłała małe dziecko na pierwszą w życiu wycieczkę.~

- Myślałam, że już się Ciebie nie doczekam. - fuknęła z niby obrażoną minką.

Mimo, że byłam trochę sfrustrowana jej zachowaniem, to wyraz jej twarzy sprawił, że od razu się uśmiechnęłam.
- Choć tu do mnie szybko, musimy pogadać. - rzekła, wyciągając w moim kierunku rękę.
- Wiesz, jak to dziś jest. Publicznym środkom transportu nie bardzo można dziś ufać. Zawsze są jakieś kolejki, tłok, pełno problemów, może Ci coś zginąć...
- Maamo, proszę. - przerwałam jej. Chyba zanosiło się na pogadankę na temat bezpieczeństwa. - Przecież ja mam 19 lat...
- Wiem. - odrzekła stanowczo. - Dlatego tym bardziej uważam, że podróż publiczną komunikacją nie jest dla Ciebie odpowiednia.

Nie bardzo rozumiałam, o co jej chodzi, dopóki nie wręczyła mi do ręki pliku kluczyków. Patrzyłam na nią otępiała i otworzyłam szeroko usta ze zdziwienia. Dopiero po chwili wydukałam.

- P..Pożyczasz mi swój samochód?
- Zwariowałaś? - zachichotała. - Swojego Ci nigdy nie dam. Dlatego te kluczyki są od Twojego auta skarbie. - dodała, ciągnąc mnie za rękę na podwórze.

Na podjeździe zauważyłam zaparkowany nieduży, czerwony samochód. Od razu go pokochałam. Miał ładne wykończenia, ładną tapicerkę i radio... Wprost idealny na moje potrzeby.  Rzuciłam się mamię w ramiona, wtulając swą twarz w jej szyję. Wzruszenie łamiące mój głos, nie pozwoliło mym ustom wypowiedzieć nic więcej niż "dziękuję".

Podbiegłam jak oparzona do samochodu i już miałam wsiadać, gdy mama krzyknęła cała rozbawiona.

- Kupiłam Ci samochód, ale bagaż musisz sama sobie przynieść.

Nic nie odpowiedziałam, tylko zaczerwieniona wróciłam się do domu po walizki, które następnie włożyłam do bagażnika. Jeszcze ostatni uścisk z mamą i ... W drogę!

Ledwo wyjechałam z naszego osiedla, dostrzegłam parę lazurowych tęczówek i rozbawioną twarz bruneta, który siedział obok miejsca kierowcy.

- Lou? A Ty tu skąd? - palnęłam bez zastanowienia.

Chwilę później dotarło do mnie, że dla niego to żaden problem. Jest w końcu duchem, może zjawić się gdzie i kiedy chce.

Kiedy to sobie uzmysłowiłam, warknęłam sama na siebie pod nosem, na co mój towarzysz zaniósł się śmiechem i zaczął grzebać przy radiu. Wtedy oczywiście doszło między nami do sprzeczki, gdyż ja chciałam słuchać swojej ulubionej stacji z wakacyjnymi hitami, natomiast Louis wolał transmisję z koncertu The Killers. Po piętnastominutowej kłótni i przełączaniu na zmianę stacji zrezygnowana wyłączyłam odbiornik. Na twarzy Louisa wymalował się dziecinny grymas niezadowolenia, na co ja wybuchłam śmiechem. Jakiś czas jechaliśmy w ciszy. Ja koncentrowałam się na drodze, z kolei brunet zatracił się we własnych myślach, spoglądając przez boczną szybę.

- Lou? - postanowiłam przerwać tę niezręczną ciszę.
- Mhm? - mruknął, jeszcze nie do końca oderwany od swych przemyśleń.
- Zaśpiewaj coś dla mnie. - dodałam niepewnie po chwili.
- Że jak? - spytał nieco zaskoczony moją prośbą.
- No mówiłeś, że kochasz muzykę. Chciałabym usłyszeć, jak śpiewasz.

Nie mogłam patrzeć bezpośrednio na niego, gdyż mój wzrok musiał skupiać się na tym, gdzie jadę. Ale znam go na tyle dobrze, by wyczuć kiedy jest zakłopotany. W tym momencie właśnie taki był. Przez chwilę milczał, po czym wziął głębszy oddech i szepnął.

- To dla Ciebie.

Zarumieniłam się, a potem już całkowicie rozpłynęłam w barwie jego głosu. Była taka ciepła, urzekająca...

"Oh, oh
Be my baby
Oh,
Oh, oh
Be my baby
I'll look after you..."  <The Fray- Look After You>

Nie wiem, co bardziej mnie wzruszyło, czy słowa piosenki, czy może głos, który ją wykonywał. I te ukłucie w sercu, że taki talent został w tak okropny sposób odebrany światu. Nie byłam nawet w stanie kontrolować swoich łez, które zaczęły spływać po moim policzku. Zaraz po tym poczułam na nim delikatny dotyk dłoni chłopaka, który za wszelką cenę chciał je osuszyć.

- Ej księżniczko nie płacz, nie chciałem Cię zasmucić. - szeptał, nie przestając wyłapywać pojedynczych kropli zwilżających moją cerę.
- To nie o to chodzi. To... To po prostu było takie piękne...
- To Ty jesteś piękna. -rzekł, uśmiechając się do mnie.

Dalszą podróż spędziliśmy na gadaniu o byle czym i nim się zorientowałam dojechaliśmy już na miejsce. Zegar Big Bena wskazywał godzinę szesnastą. Wysiadając z samochodu poczułam na swym ciele zimne dreszcze. Londyński klimat... A może prawdziwy cel wyjazdu tak na mnie wpływał. Im dłużej o tym myślałam, tym bardziej przejmowałam się rozmową, która miała nastąpić. Zdecydowałam, że nie ma co odwlekać tego, co nieuniknione w nieskończoność, więc oznajmiłam Louisowi, że wybierzemy się do Harry'ego dziś wieczorem.

Spojrzałam za okno i zobaczyłam jak Londyn powoli pokrywa się ciemnością. O tej porze bywa już chłodno więc narzuciłam na siebie marynarkę i wyszliśmy z chłopakiem z hotelu, w którym się zatrzymałam. Westchnęłam cicho, po czym zbliżyłam się do Louisa i szepnęłam.

- Prowadź.

Droga zajęła nam niecałe piętnaście minut. Miał rację. Dom Harry'ego mieścił się praktycznie w centrum, a jego miejsce pracy mijaliśmy kilka ulic wcześniej. Byłam już tak blisko. Stałam pod jego drzwiami. I w tym momencie czułam jak miękną mi kolana. Zrozumiałam, że kompletnie nie wiem, jak to rozegrać. Całe szczęście miałam przy sobie Lou. Brunet z pewnością wyczuł mój niepokój, gdyż od razu poczułam, jak oplata mnie swym ramieniem i mówi ledwo słyszalnie.

- Będzie dobrze. Wierzę w Ciebie.

~Raz kozie śmierć.~

Wzięłam głęboki wdech i nacisnęłam dzwonek do drzwi. Stałam parę minut. Cisza. Ponowiłam dzwonienie i odczekałam chwilę, lecz w dalszym ciągu nikt mi nie otwierał. Nikogo nie było. Odwróciłam się w stronę Louisa i spojrzałam na niego zatroskanym wzrokiem. Z początku milczał, potem posłał mi blady uśmiech i powiedział.

- Nic się nie stało. Spróbujemy jutro.

Pochwycił mnie delikatnie w talii i ruszyliśmy z powrotem w stronę hotelu. Chichotał, że mamy wieczór dla siebie, ale ja miałam wrażenie, że mimo wszystko jest nieco zawiedziony. Pewnie chciał go bardzo zobaczyć...

                                                      *Oczami Harry'ego*

Takiej wycieczki nie zafundowałem sobie dawno. Pół dnia spędziliśmy w wesołym miasteczku. Gdy byliśmy mali Gemma uwielbiała chodzić w takie miejsca. Nie powiem mnie też podobały się te wszystkie loterie, czy kolejki górskie. Znów mogłem się poczuć jak beztroski dzieciak. I przyjemnie było patrzeć na szeroki uśmiech siostry. Jeszcze bardziej cieszyła się, gdy odwiedziliśmy paczkę naszych szkolnych znajomych. A gdy dotarliśmy do domu mamy, panie się tak zagadały, że nawet nie spostrzegłem kiedy zrobiło się tak późno. Mama poszła na górę przygotować nam pokoje, bo jasne było, że dziś już do Londynu nie wrócimy.  Znając moją rodzicielkę i siostrę, to w ogóle zastanawiam się, jak długo tu zabawimy.
____________________________________________________________________
 No i Mel dotarła do Londynu. Tymczasem Harry zrobił siostrze nie lada niespodziankę. Ale jeśli zatrzyma się w rodzinnym domu na dłużej, to znaczy, że Mel nie zdąży go spotkać?
c.d.n.

P.S. Ten rozdział dedykuję mojej kochanej Bułeczce i @Nandos_Bejbe. Love Youu. xx








niedziela, 11 sierpnia 2013

Chapter #9 Chwila beztroski... i co dalej?

                                                   *Oczami Melissy*
Dzień za dniem mijały i nawet nie zauważyłam kiedy przyszła chwila powrotu mamy. Normalnie nie wytrzymałabym jej nieobecności, ale wszystko zmieniło się w momencie, gdy ten wariat o kasztanowych włosach wtargnął do mojego życia. Nie rozumiem, jak wcześniej mogłam się go obawiać.
Po naszej ostatniej rozmowie postanowiliśmy z Louisem dać sobie odrobinę wytchnienia i resztę czasu spędziliśmy na zabawie i wygłupach. Szczególnie kochałam, gdy wieczorami zabierał mnie na długie spacery do miejsc, w których za życia kochał przebywać. Choć nawet na romantycznych przechadzkach nie potrafił do końca zachować powagi...
Raz wybraliśmy się popołudniową porą do parku. Słoneczna pogoda, delikatna woń kwiatów, szmer szumiących liści i ten błękit nieba spoczywający w jego lazurowych oczach... Normalnie zatraciłabym się w pięknie tej chwili, gdyby nie nagły i entuzjastyczny pisk chłopaka.

- Lou, o co Ci chodzi? - spojrzałam na niego z niemałym zdumieniem.
- Popatrz tam! No popatrz! - wskazywał ręką na punkt przed siebie, zanosząc się coraz większym śmiechem.
- No patrzę, ale dalej nie wiem o co Ci chodzi...
- Kevin!! To przecież Kevin! Cała masa Kevinów!

Stałam parę minut jak wryta w ziemię, próbując zrozumieć zachowanie Lou i olśniło mnie w momencie, gdy chłopak jednym susem wparował w gromadkę gruchających gołębi. Widok Louisa uganiającego się za parkowymi ptakami sprawił, że zaniosłam się niepohamowanym śmiechem. Wtedy poczułam jak brunet łapie mnie za rękę i wyciąga na szmaragdowy trawnik. Byliśmy tak zajęci sobą, że nawet nie spostrzegliśmy, gdy na chodniku pojawiły się pierwsze krople wody. Kolejne strugi deszczu, uderzające o powierzchnię wybijały swoisty rytm, który wprawił nasze ciała w ruch. To nic, że miałam mokre ubrania. To nic, że na dworze zrobiła się szaruga. Ja widziałam przed sobą ten ciepły uśmiech i błękitne oczy, które wodziły za mym wzrokiem w naszym tańcu.
Dobrze, że z powodu kapryśnej pogody park był całkowicie opustoszały, inaczej ludzie wzięliby mnie za niepoczytalną, widząc przemoczoną dziewczynę samotnie pląsającą w ulewie. Ten magiczny moment przerwał zatroskany głos Louisa.

- Lepiej wracajmy, bo jeszcze mi się tu przeziębisz.

W odpowiedzi posłałam mu delikatny uśmiech i wolnym krokiem ruszyliśmy w stronę domu.

Zdążyliśmy z Louisem obejrzeć kilka filmów, gdy nagle chłopak zerwał się z sofy i posyłając mi czułe spojrzenie, rzekł.

- Do zobaczenia później, słońce.

Nie zdążyłam nic odpowiedzieć, gdyż po chwili w moim salonie nie było ani śladu po lazurowych tęczówkach. Miałam mu to trochę za złe, w końcu kilka dni spędził w moim domu, a teraz znika, nawet porządnie się nie żegnając. Moja złość minęła w momencie, gdy usłyszałam dźwięk przekręcanego klucza. Mama wróciła.

Szybkim tempem ruszyłam w stronę korytarza i od razu rzuciłam się na szyję swojej rodzicielce. Mimo wszystko stęskniłam się za nią. Nie dając mamie ani chwili wytchnienia, zaciągnęłam ją natychmiast do kuchni, gdzie wyciągnęłam jakieś ciastka i zaparzyłam herbaty. Potem z całym poczęstunkiem przeniosłyśmy się do salonu. Nawet nie wiem ile razy przygotowywałam kolejne porcje cieplutkiego płynu. Miała godzina za godziną a my wciąż nie mogłyśmy się nagadać. Matka dzieliła się ze mną wszystkimi wrażeniami dotyczącymi konferencji, opowiadała o hotelu, który jej zarezerwowano, o ludziach, których poznała. Podczas tych opowieści w jej oczach dostrzegłam iskierki, które tak dawno wygasły. Znów była promienna i w swoim żywiole. Cieszyła mnie taka zmiana. Kiedy spytała mnie, co robiłam podczas jej nieobecności, zmyłam ją jednym stwierdzeniem.

- Trochę poznawałam okolicę, trochę byczyłam się w domu. Normalka w wakacje.

Trochę było mi przykro, że nie jestem z nią do końca szczera, ale przecież nie mogłam jej wyjawić prawdy, przynajmniej na razie. No bo jakby zareagowała na wieść, że jej jedyna córka zakochała się w duchu?

Minęło jeszcze kilka kolejnych godzin, gdy obie stwierdziłyśmy zgodnie, że dość na dziś tych plotek i udałyśmy się do swych pokoi. Od razu rzuciłam się na łóżko, lecz nie mogłam tak po prostu zmrużyć oczu. Znów myślałam o Lou i obietnicy, jakiej mu dałam.

~Nie rzuca się słów na wiatr. Tylko od czego zacząć? Przeprowadzić z Corwinem rozmowę, od której na samą myśl miałam dreszcze? Czy może odnaleźć przyjaciela Lou i mu wszystko wyjaśnić?~

Perspektywa konwersacji z Corwinem przerażała mnie coraz bardziej, więc uznałam, że łatwiej będzie mi na początku nawiązać kontakt z zupełnie obcą mi osobą. Tylko gdzie go szukać...

Z zanurzenia we własnych myślach wyciągnął mnie ten sam czuły szept.

- Witaj księżniczko. -

Nie musiałam długo czekać, gdyż Louis od razu zbliżył się i usadowił na mym łóżku.

- O czym tak intensywnie myślisz? - zapytał, gładząc mnie po policzku.- Chyba nie złościsz się o to, że Cię zostawiłem? Chciałem po prostu, byś spędziła trochę czasu z mamą...

~Kocham, gdy się tak tłumaczysz.~

- Nie jestem na Ciebie zła i dziękuję, za to co zrobiłeś. - odrzekłam, chwytając jego dłoń, na co chłopak odczuł widoczną ulgę. - Po prostu myślę, nad tym jak Ci pomóc...
- I co takiego wymyśliłaś?- rzekł Lou, po czym ułożył się wygodnie na poduszce obok mnie.

~Kocham, gdy się do mnie przytulasz.~

- No widzisz... tak wydaje mi się, że na początek lepiej byłoby pogadać z Harrym... wiesz, uspokoić jego i Twoje sumienie. - ciągnęłam nerwowo bawiąc się palcami, które Louis zamknął zaraz w swej dłoni i czekał, aż zacznę mówić dalej. - Problem w tym, że nie wiem nawet gdzie Harry mieszka...
-Ależ ja głupi. - odrzekł brunet, uderzając się w czoło. - No oczywiście, że nie wiesz bo Ci nie powiedziałem.

Mimo wszystko zareagowałam na ten gest śmiechem, uwielbiałam, gdy czymś się kłopotał, wyglądał wtedy tak uroczo. Louis posłał mi niby groźne spojrzenie, na co ja zareagowałam jeszcze większym śmiechem, więc bezradny odchrząknął i rzekł.

- Harry mieszka w centrum Londynu, niedaleko kawiarenki, w której pracuje.
- Rozumiem... - dziwnie było usłyszeć o miejscu zamieszkania Hazzy. W końcu to Londyn, miejsce, od którego chciałam uciec...
- Jeśli nie zechcesz tam pojechać, zrozumiem. - szepnął mi do ucha Lou. Chyba wyczuł moje wątpliwości.
- Nie to nie tak, obiecałam i się z nim spotkam. Tylko trochę ciężko mi tam wracać...
- Wiem. Ale obiecuję, że nie opuszczę Cię ani na chwilę. - dodał bawiąc się mymi włosami.

Jego słowa i dotyk nieco mnie uspokoiły i dodały otuchy. Jedyne, czego pragnęłam to mieć tego chłopaka przy sobie.

Rano obudziły mnie hałasy dochodzące z kuchni. No tak zapewne mama szykowała śniadanie. Przetarłam oczy i zobaczyłam, że poduszka obok mnie jest pusta. Znów tak nagle zniknął... Ale pewnie przewidział wtargnięcie mojej matki, która już chwilę później stała w progu i czułym uśmiechem zapraszała mnie na poranny posiłek.

- Wiesz co córciu? - zaczęła rozmowę, przeżuwając kawałek kanapki. - Ostatnio rozmyślałam o tym, że są wakacje a Ty siedzisz sama jak palec w tym domu... Postanowiłam to zmienić.
- To znaczy? - odchrząknęłam niepewnie. Nie lubię, gdy tak ze mną pogrywa.
- Pomyślałam, że przyda Ci się mały wypad dlatego zorganizuję Ci weekendowy wyjazd, gdziekolwiek zechcesz.
- Gdziekolwiek? Mówisz poważnie?
- No może bez przesady na Bermudy Cię nie wyślę. - zachichotała. - Ale masz już te 19 lat, więc powinnaś gdzieś sama wyjechać i gdzieś poszaleć. Należy Ci się.

Lepszej szansy los nie mógł mi dać. To okazja, by bez zbędnych wyjaśnień spotkać się z Harrym. Przełknęłam ostatni kęs, po czym odrzekłam.

- Zatem... wybieram Londyn.

Nastała chwila ciszy. Matkę chyba dość zaskoczył mój wybór. Ale nie dziwię jej się, mnie samą szokował fakt, że mam w sobie tyle odwagi, by tam jechać. Po chwili rodzicielka zdawała się otrząsnąć z zamyślenia i przystała na moją prośbę. Obdarowałam ją ciepłym uśmiechem, na co ona ucałowała me czoło i skierowała się w stronę wyjścia. Cóż za pół godziny miała być w redakcji.

Posprzątałam po śniadaniu, a z mej twarzy nie znikał uśmiech, jaki chwilę temu posłałam matce. Byłam naprawdę z siebie zadowolona.

~Niech no Louis się tylko dowie...~

                                                            *Oczami Harrego*

Od kilku dni krąży mi po głowie propozycja siostry. I nie powiem, coraz bardziej przekonuje mnie perspektywa wyjechania do Doncaster. Jedyne, co mnie wciąż martwi, to Niall. Nie wiem jak zareaguje na wiadomość ode mnie, nie wiem, czy w ogóle będzie chciał ze mną rozmawiać...

Sięgnąłem do telefonu i wszedłem w listę kontaktów. Mój wzrok zatrzymał się na literze N, gdzie Nialler był na pierwszej pozycji. Niepewnie wcisnąłem zieloną słuchawkę i drżącą ręką przyłożyłem aparat do ucha.
~Ciekawe, czy dalej ma ten sam numer...~

- Halo? - usłyszałem odzew po drugiej stronie. - Tak słucham? -to ten sam przyjacielski głos...

Nie mogłem wykrztusić z siebie ani słowa, czułem jak niewidzialna pętla zaciska się na mojej krtani, uniemożliwiając powiedzenie czegokolwiek. Wcisnąłem czerwoną słuchawkę i odrzuciłem telefon na łóżko.
- Kretyn. - wyszeptałem sam do siebie.

~Jeszcze się odważę z nim porozmawiać, jeszcze tam pojadę. Odwiedzę te cholerne Doncaster.~
__________________________________________________________________

I co o tym myślicie? Ja osobiście uważam, że skopałam ten rozdział... ;/ W każdym razie co będzie dalej z Mel? Jeśli ona wybierze się do Londynu a Hazz do Doncaster, to znaczy, że się wyminą? A może spotkają się gdzieś przypadkiem? Okaże się wkrótce ;3



czwartek, 8 sierpnia 2013

Chapter #8 Pomóż mi...

                                                    *Oczami Melissy*

Trwaliśmy w tej niepokojącej ciszy. Pewnie gdyby Lou nie byłby duchem mogłabym dosłyszeć kołatanie jego złamanego serca. Siedziałam tak i patrzyłam w otępieniu na chłopaka o lazurowych oczach. Ból mieszał się ze strachem w mej głowie. On chciał żyć... Boli go to, że jego istnienie zostało tak brutalnie przerwane. Ale serio? Naprawdę wierzy, że to dzieło Corwina? Coś w moim wnętrzu chciało bronić jego osoby. Przecież jest taki zabawny... i opiekuńczy... i przecież zależało mu na przyjaźni Louisa, inaczej nie byłby tak zazdrosny o Harrego. A jeśli to przez zazdrość? Jeśli to ona sprawiła, że wolał by nikt Louisa nie miał? ... Mimo wszystko bardzo chciałam poznać prawdę. Nawet gdyby okazała się przerażająca..

Głowa zaczęła mnie od tego wszystkiego boleć. Poczułam, że robi mi się słabo i pewnie upadłabym na podłogę, gdyby nie szybka reakcja bruneta. Nagle odczułam te przyjemne ciepło, które działało tak kojąco na moje zszarpane nerwy...

- Przepraszam. - usłyszałam jego cichy szept.
- Z..Za co? - wyjąkałam lekko zdezorientowana jego nagłą reakcją.
- Za wszystko... Za to, że sprawiam Ci tyle zmartwień... Ale tylko Tobie mogłem powierzyć mój sekret. Tylko Ty mnie dostrzegasz i się nie boisz.... - mówił łamliwym głosem, nieustannie trzymając mnie w swych objęciach.
- Nie mam czego się obawiać. Wiem, że mnie nie skrzywdzisz. - odrzekłam, głaszcząc go delikatnie po policzku.

Mój gest i te słowa musiały dodać Louisowi otuchy, gdyż na jego twarzy znów zagościł jego ciepły uśmiech, który tak kochałam. Kochałam?... Chyba mój umysł nie jest w stanie dłużej odpychać od siebie mych uczuć... I choć obawiam się tego, co ma nastąpić, to cieszę się, że mam tego chłopaka przy swoim boku.

~Chciałabym mieć Ciebie zawsze przy sobie... Ja chyba naprawdę Cię...~

- Zawsze będę Cię chronił. I będę przy Tobie.- rzekł z szerokim uśmiechem na ustach.

Tak jakby czytał w moich myślach... A jeśli on czuje to samo? Jeśli też nie jestem mu obojętna? Boże... Dlaczego on musi być duchem, to niesprawiedliwe... Jednak coś sprawiło, że tu został... Musi mieć ku temu jakiś jeszcze powód.

-Lou... - szepnęłam, oddalając się lekko od niego.
- Słucham? - zapytał, jakby wybudzony z transu.
- Jest jeszcze coś co mnie zastanawia... - nie chciałam go dłużej męczyć powracaniem do przykrych wspomnień, ale czułam, że muszę doprowadzić tą rozmowę do końca.
- Dlaczego zostałem?-

~Czy on zawsze wyczuwa, co siedzi w mej głowie?~

-Cóż.. - kontynuował. - Jak mówiłem, nie jestem typem samobójcy i chciałbym odkryć, co tak naprawdę wydarzyło się tamtej nocy.

Chłopak widział, że moje mięśnie znów się napinają. Wiedziałam, co zaraz powie, ale jakoś bałam się tego usłyszeć...

-Posłuchaj Mel. - ciągnął dalej, zamykając me dłonie w swoich. - Ja wcale nie osądzam Corwina. Choć większość czasu spędzałem z nim... to w sumie było tam wiele ludzi... Po prostu wydaje mi się, że on mógłby coś wiedzieć na temat tego, co mi się przytrafiło. Może kogoś widział, albo coś...
- To dlaczego nie ukazałeś się jemu tylko mnie?- przerwałam mu. - Skoro twierdzisz, że mógłby Ci wszystko wyjaśnić, to lepiej jakbyś sam z nim porozmawiał...
- To nie takie proste Mel.- odchrząknął.- Widzisz, nie każdy może dostrzec ducha. Są ku temu, jakby to powiedzieć, pewne reguły.. A Corwin akurat ich nie spełnia..
- To znaczy?- ciągnęłam, zainteresowana tym tematem. Zastanawiało mnie, co ja mam takiego, czego jemu brak.
-No.. Na przykład trzeba mieć wrodzoną wrażliwość. Tak jak Ty... - tu jego kąciki ust uniosły się do góry. - Ty jesteś taka delikatna i niewinna... A Coriwn... Cóż ten zawadiaka nigdy nie był zbyt wylewny. - dodał z małym przekąsem w głosie.

Nie powiem, spodobało mi się to, co Louieh o mnie mówił. Czułam się, jakbym miała motylki w brzuchu. Pewnie moje zadowolenie zarysowało się w postaci zarumienienia na policzkach, gdyż po chwili usłyszałam słodki chichot bruneta. Po chwili dotarło do mnie, że nie pora na zatracanie się w marzeniach, skoro mamy tyle spraw do omówienia.

- Zatem, skoro nie możesz sam porozmawiać z Corwinem, to czego ode mnie oczekujesz? Mam tak po prostu pójść i się zapytać, czy czegoś nie wie o zabójstwie w obozie? - odpowiedziałam lekko spanikowana. - A co jeśli nie będzie chciał ze mną rozmawiać? I jak wytłumaczę jemu, skąd wiem o tamtych wakacjach i o Tobie?

Dopiero teraz uświadomiłam sobie, w jakie tarapaty popadłam. Wiem, że Louieh na mnie liczy... Ale kompletnie nie wiedziałam, jak się za to zabrać.

~Przecież nie pójdę i nie powiem: Cześć Corwin, to Ty załatwiłeś Lou, czy kto inny to zrobił? Nonsens...~

- Na pewno coś wymyślisz, wierzę w Ciebie. - odrzekł po chwili Louis, pocierając swoim nosem o mój.

On naprawdę we mnie wierzył. I liczył na mnie. Nie mogę go zawieść. Nie mojego Lou...

- Mel... Jest jeszcze jedna sprawa... - dodał niepewnie, oczekując mojej reakcji.
- O co tym razem chodzi? - odpowiedziałam nieco zakłopotana całą tą sytuacją.
- Pamiętasz, jak mówiłem Ci o Harrym?
- Chłopak z loczkami o zielonych oczach, który był dla Ciebie jak młodszy brat? Jasne, pamiętam. - musiał rozbawić go fakt, że pamiętam wszystkie szczegóły na temat jego dawnego przyjaciela, gdyż od razu zachichotał. - To co z nim? - dodałam. - Czy jego też o coś podejrzewasz?
- Broń Boże! Harry nie jest taki. - odrzekł stanowczym tonem. Chyba poczuł się nieco urażony. Po chwili się opamiętał i dodał. - Chodzi o to, że próbowałem nawiązać z nim jakiś kontakt, ale to tylko wywołuje u niego nocne koszmary. A jest coś, co chciałbym mu przekazać...
- Co takiego? - zapytałam, nie odrywając wzroku od jego niebieskich tęczówek.
- Może nie przebywam dość blisko niego, ale potrafię wyczuć jego ból. - westchnął, po czym dodał ze smutkiem - Mel, on od trzech lat zadręcza się moją śmiercią... Obwinia się za nią, choć nie ma ku temu jakichkolwiek podstaw... Chciałbym mu powiedzieć, żeby przestał... Że nie mam do niego żalu i chcę, by był szczęśliwy....  Och, gdybym mógł z nim porozmawiać tak, jak z Tobą...- tu jego głos się załamał.

Louis odsunął się ode mnie i schował twarz w dłoniach. Musiało mu być naprawdę ciężko. I nawet po śmierci troszczy się o najbliższego kumpla... Chwyciłam jego dłonie, opuszczając je delikatnie w dół. po czym zbliżyłam się do chłopaka i zostawiłam czuły pocałunek na jego ustach. Tak wiem, co pomyślicie. Całować się z duchem, jakie to głupie. Ale, jak wspominałam wcześniej, Louis nie był zwyczajną zjawą. Mogłam przytulać i ogrzewać się jego ciepłem, jakby był żywą istotą. Tym bardziej pocałunek nie był dla mnie żadnym utrudnieniem.

W każdym razie, kiedy musnęłam swoimi wargami jego malinowe usta, na twarzy chłopaka pojawiło się lekkie zdziwienie ale i zadowolenie. Widać, nie spodziewał się po mnie takiej reakcji. Chwyciłam jego rękę w swoją drobną dłoń, po czym nie odrywając wzroku od jego anielskiego spojrzenia, szepnęłam.

- Nie martw się Louieh, zrobię wszystko, by Ci pomóc.

Chłopak chciał coś odpowiedzieć, lecz powstrzymałam go przed tym, kładąc palec wskazujący na jego wargach. Wciąż wpatrywałam się w jego oczy. Widać było w nich wdzięczność.

                                                     *Oczami Louisa*

Nadal nie wierzę w to wszystko, co się dzieje. Zdradziłem jej wszystkie sekrety, a ona mnie nie odtrąciła. I jeszcze zaoferowała swą pomoc. I te współczucie, jakim mnie darzyła, kiedy wracałem do najbardziej bolesnych wspomnień. I ten pocałunek, którym mnie obdarowała...

~Nawet nie wiesz, ile dla mnie znaczysz. Żałuję, że nie mogliśmy się poznać w innych okolicznościach....~

Stoję naprzeciw niej. Czuję jej zapach i ciepły oddech na mym torsie. Dociera do mnie, że trzymam w swych objęciach cały mój świat. Tak bardzo chciałbym być tym jedynym, który gości w jej sercu... Teraz fakt, że nie jestem już w świecie żywych boli mnie bardziej, niż kiedykolwiek.

                                                     *Oczami Harrego*

Ten dzień dłuży mi się wyjątkowo. Od śniadania nie zamieniłem z Gemmą ani jednego słowa. Siedzę na sofie i przerzucam bezmyślnie kanały, podczas gdy ona siedzi zamknięta w swoim pokoju. Postanowiłem dłużej nie czekać i wykonać pierwszy krok. Rzuciłem w kąt pilota i pociągając za klamkę, uchyliłem lekko drzwi. Od razu spoczął na mnie zdezorientowany wzrok siostry, która została nagle oderwana od książki trzymanej przez nią na kolanach. Wszedłem do środka i zająłem miejsce koło jej kruchego ciała.

- Czego ode mnie oczekujesz? - zapytałem, nie odrywając od niej wzroku.

Gemma długo milczała, wpatrując się w moje zielone tęczówki. Nie chciałem jej speszyć. Zamknąłem jej drobną dłoń w swojej w geście otuchy, po czym dodałem

- Porozmawiaj ze mną.

Chwilę jeszcze zajęło jej zebranie myśli, po czym zacisnęła swą rękę jeszcze mocniej i szepnęła.

- Harry, ja po prostu chciałabym Ci jakoś pomóc...
- Wiem o tym.- odrzekłem. -I jestem Ci za to wdzięczny. Tylko powiedz, co powinienem zrobić?
- W sumie to pomyślałam, że mógłbyś pojechać do Doncaster... - przerwała widząc moje zdumienie, po czym odchrząknęła i mówiła dalej.- Pomyślałam, że mógłbyś odwiedzić Waszego wspólnego kolegę i spędzić z nim trochę czasu..
- Z Corwinem? - dodałem z lekką irytacją. Nie cierpiałem tego typka. Zawsze zachowywał się, jakby Louis był jego własnością.
- Nie, nie jego miałam na myśli. Chodziło mi o tego drugiego, jak mu tam.. Niall? Miałam na myśli Nialla. Tyle razy Cię do siebie zapraszał... Mógłbyś z nim trochę poszaleć, no i... byłbyś tam, w Doncaster. Miałbyś okazję rozliczyć się z przeszłością i pożegnać Lou....

Siedziałem i w skupieniu analizowałem wszystko, co powiedziała przed chwilą Gemma. Fakt, Niall był świetnym kumplem i lubiłem z nim spędzać czas. Lecz nasza relacja praktycznie zanikła po śmierci Louisa. Żarłok wielokrotnie prosił, bym przyjechał, bardzo chciał ratować naszą znajomość. Lecz ja nie umiałem tam wrócić. Bałem się. Bałem tego, że wszystko będzie mi przypominać mojego Louieh'go, że nie będę umiał tam normalnie funkcjonować.

~Ale jeśli Gemma ma rację? Jeśli to jedyny sposób, by przestać się zadręczać? Tylko, czy Niall zechce mnie po tym wszystkim widzieć...~


Trwałem tak w swych rozmyśleniach, kiedy dotarło do mnie, iż nie udzieliłem żadnej odpowiedzi siostrze. Spojrzałem na nią. Siedziała cicho i wyczekującym spojrzeniem wpatrywała się w moje oczy. Uśmiechnąłem się do niej lekko, po czym rzekłem.

- Zastanowię się nad tym. - ucałowałem jej czoło, zwracając się w stronę wyjścia.

Kątem oka spostrzegłem, że moja odpowiedź, choć krótka i mało precyzyjna, przyniosła jej ukojenie. Uśmiechnęła się pod nosem i wróciła do lektury.

___________________________________________________________________________
I jak Wam się podoba rozwój spraw? Jak myślicie, jakie kroki podejmie Mel, by pomóc Louisowi? I czy Harremu uda się odnowić przyjaźń z Niallem? Niebawem poznamy odpowiedzi;3

Do nexta ;*

wtorek, 6 sierpnia 2013

Chapter #7 Odsłonić karty przeszłości...

                                                      *Oczami Harrego*

- Harreh, pobudka śpiochu. - usłyszałem ledwo słyszalny szept i poczułem delikatny dotyk na swym policzku.
- Mhmm... - wymruczałem, leniwie unosząc powieki.

Słońce leniwie wdzierało się przez zasłony do sypialni a nade mną stała drobniutka postać mojej siostry, która delikatnie głaskała mnie po twarzy. Lecz jej ciepły gest był inny, niż zazwyczaj, ręka lekko drżała pod dotykiem skóry. Obawiała się mojej reakcji.

Owszem, dalej miałem jej za złe, że tak pochopnie oceniła Lou, jednak zrozumiałem, że stara mi się jakoś pomóc. Jej troska jest prawdziwym powodem owej wizyty. Dlatego też postanowiłem odpuścić. Posłałem jej jeden ze swych spokojnych uśmiechów i powiedziałem, że zaraz wstaję. Gemma odczuła widoczną ulgę, gdyż ucałowała mnie w czoło, oznajmiając na odchodne, iż czeka z śniadaniem w kuchni. Przeczuwam, że i tak bez poważniejszej rozmowy się nie obejdzie, jednak mam nadzieję, że dzisiejsza pójdzie nam o wiele lepiej od tej z poprzedniego wieczoru.

                                                  *Oczami Melissy*

Obudziłam się, kiedy promienie słońca delikatnie muskały moją twarz. Piękna pogoda sprawiała, że wczorajsza burza była tylko wspomnieniem. Zarówno ta szalejąca na dworze, jak i ta targająca mym umysłem. Podparłam się na łokciu i u swego boku ujrzałam rozlane na poduszce, mieniące się słoneczną łuną, kasztanowe włosy i delikatną niczym jedwab cerę młodzieńca, który spokojnie drzemał przy mym boku. Tak jak obiecał, nie opuścił mnie ani na krok.

Często tak jest, że mamy dość ogólne wyobrażenie i wręcz przyjmujemy do naszej świadomości stereotyp. który może zniknąć dopiero pod wpływem silnego impulsu. Tak samo moje myślenie na temat zjaw zmieniło się po poznaniu Louisa. Kiedyś postrzegałam duchy jako mroczne postaci karmiące się ludzkim strachem, toteż historie na ich temat zawsze wywoływały dreszcze na mym ciele. Lecz historia moja i Lou była inna, on wzbudzał we mnie tylko te pozytywne emocje. Spojrzałam jeszcze raz na uroczy widok malujący się na poduszce obok. Poczułam przyjemny uścisk w sercu. On nie był zjawą. Był aniołem. Moim aniołem.

Z rozkoszowania się porankiem i ogromu myśli przepływającego przez moją głowę wyrwał mnie czuły dotyk dobrze znanej mi dłoni.
- Dzień dobry słońce.- usłyszałam delikatny szept Louisa.
- No cześć. - odpowiedziałam z uśmiechem. Mogłabym się budzić tak każdego ranka.

Leżeliśmy tak jeszcze dłuższą chwilę, praktycznie milcząc i badając się nawzajem wzrokiem, kiedy stwierdziłam, że dość tego lenistwa i powoli wstałam z łóżka.

- Gdzie się wybierasz? - zapytał, jak zwykle rozbawiony brunet.
- W przeciwieństwie do Ciebie, ja muszę wleźć pod prysznic. Inaczej za wiele się dziś ze mną nie dogadzasz. - odrzekłam, posyłając mu delikatny uśmiech.

Śmiech chłopaka odbił się echem po pokoju, po czym wykonał gest ręką, bym już poszła. Kiedy wróciłam z łazienki po jakieś ubrania na przebranie, z nieurywanym niezadowoleniem spostrzegłam, że moje łóżko jest puste. Miałam już kląć w myślach, kiedy dobiegło mnie wesołe wołanie z dołu.

- Mel nie ociągaj się tak, bo śniadanie zjesz w porze kolacji. - śmiał się drwiąc z mojego rannego zaspania.
- Bardzo śmieszne. Już idę.- odkrzyknęłam z udawaną obrazą w głosie.

Kiedy zeszłam na dół poczułam słodki zapach, przemieszany z wonią palącego ziarna. W jadalni czekała na mnie sterta naleśników i filiżanka zbożowej kawy. Louis zdumiewał mnie z każdą chwilą. Spał koło mnie, mogłam poczuć ciepło jego ciała. Mogłam się w niego wtulić, ilekroć odczuwałam jakiś niepokój. A teraz podziwiałam go, jak nakłada mi solidną porcję żółciutkiego puchu na talerz. Przez to wszystko zapominałam, że tak naprawdę jest duchem. Gdyby tylko śmierć nie stała nam na drodze...

Czarne myśli znów ogarnęły mój rozum na wspomnienie tego, co zastałam w altance. Te nagłówki, te słowa o jego samobójczej śmierci... A jednocześnie wesoła twarz, która spoglądała na mnie zaciekawieniem. Poczułam potworne ukłucie w lewej piersi. Tak samo było z moim ojcem... Też nikt by nie przypuszczał, że ten żartowniś, którym zawsze był, skończy z rozciętą tętnicą. Ból psychiczny przerodził się w fizyczny, gdy uczułam palące pieczenie na swej dłoni. Oczywiście, w tym roztargnieniu zamiast przekroić naleśnik, nie wiadomo w jaki sposób rozcięłam sobie dłoń. Kiedy zauważyłam, jak z świeżej rany powoli sączy się czerwony płyn, szala moich łez została przechylona. To, co dalej krążyło w mojej głowie, widok mojej krwi, wywołujący obraz martwego ojca... To wszystko sprawiło, że rozhisteryzowałam się jak małe dziecko. Louis, widząc moją panikę, chwycił delikatnie moją rękę i pociągnął w stronę zlewu. Zimny strumień wody od razu przyniósł mi ukojenie, lecz czerwony kolor kapiący do umywalki dalej przyprawiał mnie o dreszcze. Brunet chyba zorientował się o co chodzi, gdyż szybko opatrzył zacięcie, po czym czule ucałował mą dłoń i przyciągnął mnie do siebie otulając swym silnym ramieniem.

- Cichutko, Kochanie. Już dobrze. To nic takiego.. - szeptał, delikatnie głaskając me plecy.
- Nie rozumiesz... - wyłkałam, jeszcze nie do końca opanowana.
- Rozumiem, że boisz się widoku krwi, Tylko nie wiem, dlaczego. - oznajmił widocznie zatroskany.

Wtedy opowiedziałam mu całą sytuację. O tamtych wakacjach, o śmierci ojca, o powodzie naszej przeprowadzki. Z każdym kolejnym słowem czułam, jak jego ramię przyciska me ciało coraz bliżej swego torsu. Miałam wrażenie, że mój ból stawał się jego. Jakiś czas zajęło mi dojście do siebie, kiedy postanowiłam uwolnić się z uścisku bruneta i usiąść z powrotem za stołem. Lou nie pozostawał obojętny, przysiadając się do mnie. Wzięłam głęboki oddech, by zebrać się na odwagę i zacząć moje małe przesłuchanie. On wiedział już o mnie wszystko, teraz jego kolej na spowiedź.

- Louieh.. - zaczęłam niepewnie.
- Podoba mi się, gdy tak do mnie mówisz. - rzekł, szczerząc swoje białe zęby.

~Cholera, jego uśmiech potrafi zbić człowieka z tropu.~

- Obiecałeś mi wszystko wyjaśnić... - ciągnęłam dalej.
- Wiem.. - westchnął ciężko. - Tylko nie za bardzo wiem, od czego zacząć.
- Najlepiej od początku. Co się wydarzyło trzy lata temu. - odpowiedziałam, kładąc moją dłoń na jego w geście otuchy.

Wreszcie chłopak zebrał się na odwagę i zaczął opowiadać. Dowiedziałam się, że prócz Corwina miał drugiego przyjaciela, który był mu praktycznie jak brat. Niektórzy czasem mylnie brali ich za parę. Bliskość Lou i , jak dobrze pamiętam, Harrego działała na niekorzyść relacji bruneta z Corwinem. Przyjaciel jego dzieciństwa był widocznie zazdrosny o nowego kumpla, z którym Lou dzielił swą miłość do muzyki. Okazało się bowiem, że zarówno on jak i Harry mieli cudną barwę głosu, o czym Corwin mógł jedynie pomarzyć.

- Wiesz, coraz poważniej myśleliśmy z Hazzą o tym, by poświęcić nasze życie śpiewaniu. Chcieliśmy nawet otworzyć tu małe studio nagraniowe. Corwin oczywiście drwił z naszych planów, sugerując, iż robimy z tego tylko wabik na dziewczyny. Ale ja dobrze wiem, że chodziło o zwykłą zazdrość. - kiedy mówił ostatnie zdanie, w jego oczach dostrzegłam ból. No tak, można powiedzieć, że zawiódł się na bliskiej mu osobie.

-Rozumiem... Ale co ma do tego obóz? - ciągnęłam rozmowę dalej. Już tyle wiedziałam, ale to wciąż było za mało.
- Właściwie to był mój pomysł. Pomyślałem, że wyjazd stąd dobrze nam zrobi, że zapomnimy o ostatnich spięciach. I chciałem, by Corwin przekonał się do Harrego.

Kompletnie się pogubiłam. Ktoś, kto planuje samobójstwo, nie organizuje urlopu, by naprawiać relację ze znajomymi. Choć w sumie mój ojciec zachował się podobnie....

- Harry nie zgodził się na wyjazd. - kontynuował swą opowieść. - Stwierdził, że powinienem zabrać tylko Corwina, by odnowić naszą przyjaźń. Choć było mi trochę przykro, to cieszyłem się, że tak się o mnie troszczył. Zawsze taki był. Harry... - szepnął, zaciskając rękę w pięść. Musiał bardzo za nim tęsknić.

Przysunęłam krzesło bliżej Lou i oparłam głowę na jego ramieniu. Widziałam, że moja bliskość daje mu nieco ukojenia.

- I... co było dalej? - zapytałam niepewnie spoglądając na mego towarzysza.
- No wyjechaliśmy na ten obóz. Nie powiem, obydwoje bawiliśmy się świetnie. Wiesz, wygłupy, suto zakrapiane imprezy... Resztę już wiesz. - dodał spuszczając głowę.

Siedzieliśmy chwilę w ciszy, nim zadałam pytanie, które było niezręczne, ale nie mogłam go uniknąć. Gdybym miała okazję odbyć podobną rozmowę z ojcem, pewnie też takowe by padło.

- Skoro wszystko się układało... Dlaczego to zrobiłeś? - spytałam, unosząc jego brodę ku górze tak, by mieć przed sobą jego lazurowe tęczówki.
- Co masz na myśli? - odezwał się, jakby wybity z transu.
- No... Dlaczego postanowiłeś odebrać sobie życie.
- Och Mel... - jęknął, potrząsając głową. - A czy ja wyglądam Ci na kogoś, kto tak łatwo się poddaje?
- No nie... - nie zdążyłam nic więcej powiedzieć, gdyż poczułam jego dłonie delikatnie zaciskające się na mych ramionach.
- Szczerze nie bardzo wiem, jak do tego doszło. - rzekł po chwili. -  Ostatnie, co pamiętam, to kolejna dyskoteka na terenie ośrodka. Bawiliśmy się z Corwinem, jak zawsze, poleciało kilka drinków.
- Z tego co czytałam to kilka butelek... - przerwałam mu, unosząc znacząco brew ku górze.
- Nie Mel. - westchnął. - Wypiłem odrobinę dla towarzystwa. Na ogół gardziłem większymi dawkami alkoholu.
- To skąd... - chciałam ciągnąć dalej swój wywód, lecz jego dłonie ścisnęły mocniej me ramiona. Dał mi do zrozumienia, bym nie wchodziła mu w słowo.
- Zatem jak mówiłem, trochę wypiliśmy. A potem film mi się urwał. Później ocknąłem się w swym pokoju. Podniosłem się z łóżka i miałem wyjść, gdy w progu pojawiła się jedna z naszych współlokatorek. Na jej twarzy malowało się przerażenie. Zaczęła krzyczeć, nie odrywając wzroku od mojej kanapy a mnie z kolei kompletnie nie zauważała. Nie rozumiałem z tego nic, póki nie obejrzałem się w miejsce, gdzie chwilę temu leżałem. Na mym łóżku zobaczyłem... siebie. Moje zimne, blade ciało. Byłem w takim szoku, że nie zwróciłem uwagi na niemały tłum zgromadzony w mym pokoju. Zbliżyłem się do łoża i próbowałem złapać, jak sądziłem, swe odbicie za rękaw. Gdy moja dłoń przeniknęła przez rękę chłopaka spoczywającego w bezruchu, dotarło do mnie, że jestem tylko duszą. Mel... - głos załamywał się mu coraz bardziej. - Wtedy dotarło do mnie, że nie żyję.... - tu ucichł kompletnie. Nie umiał powiedzieć nic więcej. Wiedziałam, że jest bliski płaczu.

Chciałam móc coś dla niego zrobić, zapewnić, że będzie dobrze. Ale jedyne co mogłam, to przytulić jego głowę jak najbliżej mojego rozszalałego serca. Jego oddech wydawał się uspokajać, kiedy czule bawiłam się jego włosami. Zebrał się na nowo w sobie i widząc moją cierpliwość, postanowił dokończyć swoją opowieść.

- Nie wiedziałem, gdzie się podziać, więc wróciłem tutaj. - rzekł, wskazując ręką na frontowe drzwi. - Oczywiście wieść o mojej śmierci zdążyła dotrzeć do mojej rodziny. Mel, to było straszne... Widziałem ich cierpienie. Widziałem jak dziewczynki nie chcą wychodzić z mojego pokoju, kurczowo trzymając przy sobie przedmioty, które się im ze mną kojarzyły. Widziałem bezradność ojca, kiedy nie umiał sobie poradzić z rozgłaszaniem mej domniemanej samobójczej śmierci. Widziałem histerię matki, gdy zbierała wszystkie artykuły na mój temat... A potem tak po prostu wyjechali. Zostawili na strychu wszystkie moje rzeczy. Woleli o mnie zapomnieć....

Poczułam, jak moje serce rozbija się na tysiące kawałeczków, niczym kryształ. Nie sposób ogarnąć rozumem, ile ten śliczny chłopak o anielskim wyglądzie musiał przejść. Lou zauważył, że nie umiem dłużej powstrzymywać łez, więc otarł je z mojego policzka, po czym blado się uśmiechając dodał.

- Nie mam im tego za złe, Mel. Rozumiem, że śmierć jedynego syna była dla nich zbyt wielkim ciężarem... - westchnął.

Postanowiłam skierować rozmowę na nieco inny tor, odciągając go od rodzinnych wspomnień.

- Zatem mówisz, że wypiłeś tylko kilka drinków, choć na stoliku stało kilka butelek.... A co z lekarstwami? W artykule wspominali chyba o trzech rodzajach. Przyjmowałeś coś?
- Brałem tylko leki na alergię, gdyż pylenie leśnych roślin dawało mi się we znaki. Ale nawet po wypiciu kilku drinków nie stwarzały one żadnego zagrożenia. - sprostował stanowczym tonem.
- Zatem przyjmowałeś tylko jedne leki, choć znaleziono więcej opakowań... To... To ma oznaczać....
- Właśnie Mel, właśnie tak mi się wydaje... - rzekł pół szmerem.
- Chcesz mi powiedzieć, że ktoś pragnął Twej śmierci?? - zapytałam oszołomiona.

Lou chyba sam nie chciał w to wierzyć,  gdyż tylko w milczeniu spuścił wzrok.

- Ale dlaczego Louieh? I komu mogłoby na tym zależeć??
- Nie mam pojęcia... - westchnął. Kłamał. Widziałam to w jego zachowaniu. Nie chciał na mnie spojrzeć i nerwowo bawił się palcami. Wiedziałam, że kogoś podejrzewa. Tylko nie wiedziałam, czy chcę znać odpowiedź...
- Nie udawaj... Kogo podejrzewasz? - rzekłam zniecierpliwiona.

Chłopak dalej milczał, spoglądając jedynie przez okno. Z początku myślałam, że patrzy tylko przed siebie, unikając kontaktu ze mną. Jednak później zorientowałam się, że jego wzrok spoczywa na bladożółtym budynku, ledwo widocznym z tej odległości.

- Corwin!? Żartujesz chyba! - wstałam gwałtownie, przewracając krzesło, na którym siedziałam.

Louis nie odpowiedział nic, tylko ponownie spuścił głowę. Zdążyłam dojrzeć, jak resztki uśmiechu całkowicie znikają z jego twarzy a w oku kręci się łza. Nie musiał nic mówić. Wiedziałam, że myśli o nim.

~Ale to nie możliwe! Przecież był jego przyjacielem... I Corwin nie mógłby go skrzywdzić, on nie jest taki! Ale...ostatnio im się nie układało... Jeśli to prawda? Jeśli po sąsiedzku mieszka morderca chłopaka, dla który z każdą chwilą skradał me serce??...~

________________________________________________________________________

No i jest, dowiedzieliśmy się co nie co na temat śmierci Louisa oraz zrozumieliśmy, co łączyło go z Harrym. A co z Corwinem? Czyżby naprawdę pragnął zabić najdroższego przyjaciela? I dlaczego Lou nie może stąd odejść? Tego dowiecie się wkrótce.

Love You. xx

P.S.             CZYTASZ = KOMENTUJESZ

niedziela, 4 sierpnia 2013

Chapter #6 Rozdarcie między strachem a miłością.

                                                         *Oczami Harrego*
Nie wiem, która była już godzina ale na zewnątrz było całkowicie ciemno. W dodatku szalejąca ulewa jeszcze bardziej pogrążała świat w mroku. Udałem się do salonu, gdzie ujrzałem Gemmę leżącą na kanapie - pewnie usnęła przed telewizorem. Wyglądała tak niewinnie. Przykryłem ją kocem i już miałem wyłączyć grające pudło, kiedy poczułem jej ciepłą dłoń na mym nadgarstku.

- Nie chciałem Cię obudzić. - rzekłem, uśmiechając się delikatnie.
- W porządku. - odpowiedziała, odwzajemniając mój uśmiech, po czym dodała. - Harreh, możemy porozmawiać?

Harreh, mówiła tak do mnie tylko w dwóch sytuacjach. Wtedy, gdy chciała czegoś lub, gdy próbowała mnie uspokoić. Przeczuwałem kłopoty.

- Jasne. - odrzekłem nie do końca przekonany i przysiadłem się do Gemmy.

Jej piękne, błyszczące oczy długo się we mnie wpatrywały, nim zebrała się na odwagę i do mnie przemówiła.

- Harreh... Wiem, że jest Ci teraz bardzo ciężko i tęsknisz za Lou. Wiem, że kochałeś go jak brata. Ja mnie również go brakuje, ale... - tu się zatrzymała, widząc moje zdumienie w oczach.

- Ale? ... - powtórzyłem, dając jej do zrozumienia, by kontynuowała swą wypowiedź.
- No... Nie możesz wciąż żyć przeszłością. Musisz pogodzić się z tym, że Louisa wśród nas nie ma. Dopóki tego nie zrobisz, koszmary nie przestaną Cię dręczyć.
- Myślisz, żebym tego nie chciał? -burknąłem zirytowany. - Myślisz, że nie chciałbym położyć się do łóżka i spokojnie przespać całej nocy? Ale to niemożliwe. Świadomość, że on nie żyje a ja nie mogłem go uchronić zabija mnie od wewnątrz... - wydukałem, zaciskając pięści.
- Harry, nie zadręczaj się tym tak. Przecież to nie Twoja wina.
- Ale gdybym tam był... Gdybym wtedy zgodził się na ten cholerny wyjazd... - poczułem, jak do oczu napływają mi łzy.
- I tak nic byś na to nie poradził. Nikt nie mógł przewidzieć, że Louis odbierze sobie życie. Słyszysz? Nikt. Nawet Ty. - ostatnie słowa wypowiedziała bardziej stanowczo, chcąc zapewne w ten sposób przemówić mi do rozsądku. Uzyskała odwrotny efekt.
- Boże, jak Ty niczego nie rozumiesz! - wrzasnąłem na siostrę, na co ona tylko wytrzeszczyła oczy i cofnęła dłoń, która wcześniej bawiła się moimi lokami.

Poderwałem się gwałtownie z sofy, rzucając Gemmie gniewne spojrzenie, po czym udałem się do swego pokoju i z hukiem zatrzasnąłem za sobą drzwi.

~Jakim prawem ona w ogóle go tak osądza!? Cholera jasna! Czy ona naprawdę wierzy, że wiecznie optymistyczny Lou tak po prostu odebrałby sobie życie?? Nigdy w to nie uwierzę! Nie wiem, co tam zaszło, ale nie wierzę, iż Tomlinson tak  zwyczajnie zachciał ze sobą skończyć...~

Osunąłem się na podłogę, zakrywając twarz w poduszce i zanosząc się płaczem.

- Harreh... Ja... Ja Cię przepraszam... - usłyszałem cichy głos po drugiej stronie drzwi.
- Odejdź stąd! Zostaw mnie w spokoju! - nieustannie krzyczałem. - Jeśli naprawdę masz o nim takie zdanie, to znaczy, że w ogóle go nie znałaś!

Nie odpowiedziała nic. Do mych uszu dobiegło jedynie ciężkie westchnięcie i kroki wzdłuż korytarza. Chyba szlochała.

                                                    *Oczami Melissy*

Próbowałam powoli wstać, ledwo łapiąc równowagę. Oczy miałam czerwone od płaczu a serce kołatało mi jak szalone.

- Mel... Powiedz coś. Proszę, powiedz, że się mnie nie boisz. - rzekł przepełnionym bólem głosem Lou.

Zobaczyłam jak idzie w moim kierunku i wyciąga do mnie rękę.

- Nie ruszaj się, słyszysz !? Nie zbliżaj się do mnie! - wrzeszczałam popadając w coraz większą panikę.

Strach, który wcześniej mnie osłabił, teraz dodał mi niesamowitej siły. Nie zwracając uwagi na bruneta, wybiegłam z altanki przed siebie, starając się przy tym nie oglądać do tyłu.

                                                  *Oczami Louisa*

~Cholera jasna! No i ją wystraszyłem.~

Bąknąłem, stojąc dalej w tym samym miejscu, co chwilę temu. Źle to wszystko rozegrałem, z resztą, jak zawsze. Nawet za życia nie umiałem załatwić jak należy delikatnych spraw.

~Trzeba było wcześniej z nią porozmawiać, może teraz by się mnie nie bała. Ale z drugiej strony... Co niby miałem jej powiedzieć? Cześć, jestem Lou, od trzech lat nie żyję ale chciałbym porozmawiać? Jestem żałosny...~

Moje użalanie się nad sobą przerwało nagłe uczucie strachu... o nią. Coś jej groziło. Może jestem pozbawiony ciała, nie licząc momentów, gdy umiem się "zmaterializować", by dotknąć przedmiotów, ale nie straciłem przez to żadnych ludzkich odczuć. Nawet ból, zarówno psychiczny, jak i fizyczny w dalszym ciągu nie są mi obce. Różnica jest taka, że teraz potrafię również wyczuć jakieś zagrożenie.

Nie zastanawiając się ani chwili ruszyłem za Melissą. Wkrótce zauważyłem, jak biegnie na oślep w deszczu. Strwożyłem się widząc, jak dziewczyna kieruję się w stronę jezdni, praktycznie wprost pod pędzący samochód.

- Mel! - krzyknąłem, chwytając ją za ramiona i w ostatniej chwili wciągając ją z powrotem na chodnik. Była przemoczona. I taka krucha... Przytuliłem Mel jak najmocniej do siebie. Chciałem, by poczuła się bezpiecznie...

                                              *Oczami Melissy*

Biegłam jak opętana przed siebie. Łzy i strugi deszczu oraz panujący mrok dodatkowo utrudniały mi widzenie. Nie zdawałam sobie sprawy, że wbiegam na jezdnię, dopóki ktoś nie szarpnął mną z powrotem do tyłu i nie usłyszałam świstu przejeżdżającego auta. O mały włos.

Potem poczułam jak mój wybawca oplata mnie swym ramieniem, przytulając moje wciąż rozdygotane ciało do swojego torsu. Odczułam błogie ciepło, wręcz gorąco i spłynęło na mnie uczucie rajskiego spokoju. Było mi tak przyjemnie, że chciałam trwać w tym uścisku jak najdłużej. Kiedy jednak odzyskałam kontrolę nad swym umysłem, postanowiłam zerknąć w oczy mojemu obrońcy. Takiego obrotu spraw kompletnie się nie spodziewałam. Nad moją zadartą głową ujrzałam dobrze mi znaną rozpromienioną twarz Louisa. Jego lazurowe oczy wpatrywały się we mnie, jakby błagały, żebym się nie wyrywała. I o dziwo, wcale tego nie chciałam...

- Lou... Louieh... dlaczego... -wyszeptałam, nie odrywając wzroku od bruneta.
- Ciii.... Już dobrze słońce. - odrzekł, gładząc mnie po policzku. - Mówiłem, że nie chcę Cię skrzywdzić. Nie darowałbym sobie, gdyby coś Ci się przeze mnie stało. Zaufaj mi.

Nawet nie zastanawiałam się, jak to możliwe, że mogę poczuć dotyk jego ciała, bijące od niego ciepło. Byłam zbyt zajęta analizą jego słów. Resztki strachu opuściły mnie zupełnie. Nie bałam się go. I czułam się bezpieczna.

Gdy dziś o tym myślę, zastanawiam się, jak komicznie musiało wyglądać przytulanie się do chłopaka, którego tylko ja widziałam.

Teraz staliśmy naprzeciw siebie i wpatrywaliśmy się w nasze oczy. Naszą cudowną chwilę przerwało wołanie dochodzące gdzieś zza moich pleców.

-Mel!

Odwróciłam się i ujrzałam chłopaka z zawadiackim uśmiechem, który w tej chwili wyglądał na zszokowanego.  W moim kierunku pospiesznie kroczył Corwin.

- Mel! - zawołał zdyszany. - Czy wszystko w porządku? Widziałem, jak prawie bezmyślnie wtargnęłaś na jezdnię. Stało się coś? - szereg słów potokiem wydostawał się z jego ust, wpędzając mnie w coraz większe zakłopotanie.
- Nie mów mu nic, proszę. - usłyszałam za sobą szept Louisa.
- Spokojnie. - mruknęłam mu na znak, że nie musi się niczego obawiać.
- Mówiłaś coś? - spytał Corwin.

~Szlak, jeśli mam rozmawiać z Louisem, muszę uważać, by nikt nas nie słyszał.~

- Mówiłam, że wszystko ok. Byłam po prostu zamyślona i dlatego nie zwracałam uwagi na to, gdzie idę. - głupia wymówka, ale musiałam szybko coś wymyślić.
- Och, skoro tak. Ale na drugi raz bądź bardziej ostrożna. - skarcił mnie, po czym odchrząknął i dodał - Wiesz Mel, chciałem Cię przeprosić... Za to... Że nie wierzyłem... - zaczął się jąkać, bawiąc się przy tym nerwowo palcami.
- Nie wydaj mnie. Nie może nic wiedzieć. Nie teraz. - powtórzył swą prośbę ledwie słyszalnym szmerem Lou.
- Nie przepraszaj, nie masz za co. Miałeś rację, że pomyliłam kogoś z Louisem. - uśmiechnęłam się blado.
- To skąd... Skąd znałaś jego imię?- wydukał jeszcze bardziej rozstrojony Corwin.

~I jak tu z tego wybrnąć?~

- Cóż, znalazłam raz na strychu jego starą fotografię, która była podpisana owym imieniem. A że chłopak, który mnie odwiedził był uderzająco podobny, to coś sobie zaraz ubzdurałam. - odchrząknęłam, po czym nabrałam tchu i dodałam - powiem szczerze, że Twój przyjaciel wpadł mi w oko i teraz chyba w każdej osobie będę widzieć jego twarz. - uśmiechnęłam się, puszczając oczko w stronę młodzieńca.

Po chwili dotarło do mnie, że osoba, o której mówię, stoi tuż za mną. Moja twarz od razu nabrała purpurowego odcienia. Ale Corwin zdawał się łyknąć moją bajeczkę, gdyż zaniósł się śmiechem i dodał na odchodne, że jakoś go to nie dziwi. Kiedy chłopak w końcu się ode mnie oddalił, odetchnęłam z ulgą. Louisowi również musiało ulżyć, gdyż nabrał ochoty do żartów.

- Grzeczna dziewczynka. -rzekł, klepiąc mnie żartobliwie po policzku.

Ponieważ zawstydzenie wciąż nie mogło ujść z mego ciała, drogę do mojego domu pokonaliśmy w milczeniu. Dopiero kiedy wróciliśmy i weszliśmy do mojego pokoju, brunet chwycił mnie za ramiona i przyciągnął do siebie tak, że moje plecy przylegały do jego klatki piersiowej.

- Naprawdę tak o mnie myślisz? - zapytał. - No wiesz, to, że wpadłem Ci w oko... - dodał nie kryjąc swojego rozbawienia.

Moje milczenie i zakłopotanie uznał zapewne za potwierdzenie, gdyż zaniósł się uroczym śmiechem i delikatnie musnął kącik moich ust swoimi miękkimi wargami. Było bardzo późno a ja padałam ze zmęczenia. Normalnie oddałabym się chwili. Lecz to była wyjątkowa sytuacja. Wciąż miałam wiele pytań, które musiałam mu zadać. Louis jednak wyprzedził fakty. Odwrócił mnie twarzą do siebie i jako pierwszy zabrał głos.

- Jesteś tak zmęczona, że nie ma sensu zagłębiać się dziś w rozmowę. Odłożymy ją na później. - rzekł.
- Ale... - próbowałam protestować, lecz poczułam  jak senność bierze na de mną górę.
- Oj nie marudź. - zachichotał, po czym wziął mnie na ręce i ułożył wygodnie na łóżku. Chwilę później położył się tuż obok mnie. - Nie martw się księżniczko. - szepnął. - Obiecuję, że gdy rano się obudzisz, będę tuż przy Tobie. - uśmiechnął się i zostawił mały całus na moim nosie.

Przytuliłam się do niego i zamknęłam oczy. Stąpałam po kruchym lodzie, który w każdej chwili mógł się załamać. Z godziny na godzinę zakochiwałam się w chłopaku, który tak naprawdę nie istniał już w naszym świecie. Ale wtedy mnie to nie obchodziło. Liczył się tylko ten moment i on. Mój Louieh.

                                                           *Oczami Louisa*

Leżałem tak i obserwowałem jak Melissa pogrąża się we śnie. Ciężar spadł mi z serca widząc, że przestała się mnie obawiać. Ostatnia rzecz, jakiej bym chciał, to jej krzywda.

~Teraz już będzie dobrze. Ona mi na pewno pomoże. Wszystko się jakoś naprawi.~

Ulżyło mi, że znalazłem kogoś, komu mogę zaufać i powierzyć swoje niedokończone sprawy. Ale jednocześnie zrobiło mi się smutno na myśl, że po wszystkim będę musiał ją opuścić. Zrozumiałem, że przywiązałem się do tej drobnej istotki, drzemiącej słodko na mym ramieniu.
__________________________________________________________________
I co powiecie na taki rozwój zdarzeń? Jaką przyszłość wróżycie znajomości Lou i Mel? Czy Corwin dowie się prawdy? Niedługo się okaże;)

P.S. Dziękuję za Wszystkie odwiedziny i nieliczne, ale jakże cenne komentarze♥ liczę na więcej Waszych opinii. xx

LIEBSTER AWARD

"Nominacja do Liebster Awar jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za 'dobrze wykonaną robotę'. Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechniania. Po odebraniu nagrody, należy odpowiedzieć na 11 pytań, otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował."

Dziękuję za nominację Vicki ;3

1. Jak masz na imię?
Ania.
2. Ile blogów prowadzisz?
W zasadzie to dwa: na jednym umieszczam swe wiersze (również te pisane dla 1D) a drugim jest moje fanfiction.
3. Twój idol?
Zdecydowanie One Direction. Kocham całą piątkę tych wariatów, ale szczególnie bliski mi jest Hazza, gdyż jest takim romantykiem jak i ja;)
4. Ulubione jedzenie?
Czekolada haha ;D
5. Najcenniejsza rzecz w życiu?
Miłość. Nic nie ma większej siły, jak ona.
6. Co Cię skłoniło do napisania tego bloga?
Cóż, od trzech lat zajmuję się poezją i uznałam, że napisanie opowiadania będzie miłą odmianą i nowym wyzwaniem;)
7. Masz rodzeństwo?
Owszem, mam o trzy lata starszego brata.
8. Czy postacie zawarte w Twoim blogu są na kimś wzorowane?
Zgadza się. Użyłam w swoim opowiadaniu zarówno wizerunku Louisa jak i Hazzy. Jednak rzeczywiste pozostały jedynie imiona i wygląd chłopaków. Reszta to czysta fikcja.
9. Idealnie spędzone wakacje?
Takie, podczas których mogę znaleźć czas dla znajomych ale również pobyć chwilę w samotności;)
10. Ulubione męskie imię?
Harry haha ;D A tak na serio to nie wiem;)
11. 3 najskrytsze marzenia?
Spotkać One Direction i wręczyć Harremu tomik wierszy, który dla niego skleciłam;) Poza tym opanować kilka języków i zobaczyć Londyn;)

A oto i moje pytania:

1. Jak masz na imię?
2. Czym zajmujesz się na co dzień?
3. Ile masz lat?
4. Jakiej muzyki słuchasz?
5. Skąd pomysł na Twojego bloga?
6. Jaki jest Twój ulubiony kolor?
7. Co byś zrobił/a, gdybyś miał/a możliwość spotkania swego idola?
8. Jaki jest Twój sposób na relaks?
9. Wymarzony wyjazd?
10. Ulubiona pora roku?
11. Najcenniejsza wartość w życiu?

Blogi, które nominuje:

1.  http://im-gonna-live-forever-one-direction.blogspot.com/
2. http://fanfiction-opowiadanie-onedirection.blogspot.com/
3. http://niespelnione-dusze-fanfiction.blogspot.com/
4. http://harry-is-a-monster.blogspot.com/
5. http://niezwyklamilosc-1d.blogspot.com/
6. http://mojaniolniallhoran.blogspot.com/











Wybaczcie, że tylko tyle.

Chapter #5 Pora rozwiązać wątpliwości.

                                                         *Oczami Corwina*

Pamiętam, jak długo stałem otępiały, gdy Melissa wybiegła z mojego domu. Zdążyłem ledwie dostrzec bladą iskrę w jej oku.. A może to była łza? Spojrzałem na leżące na ziemi zdjęcie. Mój wzrok zatrzymał się na rozbawionej twarzy niebieskookiego chłopaka.

~A co, jeśli mówiła prawdę? Cholera, przecież to niemożliwe... I skąd miałaby go znać?? A jednak wiedziała, jak ma na imię... A jeśli wie o Louisie? Jeśli wie o mnie?? Muszę być bardziej czujny... ~

                                                         *Oczami Melissy*

- Jesteś pewna, że sobie poradzisz? - zatrzymała się w progu, spoglądając zatroskanym wzrokiem.
- Mamo, litości. Mam prawie dwadzieścia lat. - burknęłam.
- Właśnie. Prawie. - zachichotała, po czym widząc grymas na mej twarzy rzekła - No już dobrze, w razie czego po prostu zadzwoń. Wracam za parę dni.
- Wiem. No idź już, bo nie zdążysz na samolot. - upomniałam matkę.

Stałam jeszcze chwilę w progu, obserwując, jak wsiada do taksówki i odjeżdża. Szef wysłał ją w delegację na jakąś ważną konferencję. Wiele osób na moim miejscu cieszyłoby się z takiej wolności, ale ja jakoś nie chciałam zostawać sama. Od śmierci ojca stałyśmy się sobie z matką jeszcze bliższe. Była moją mamą, ale i przyjaciółką, której mogłam się wyżalić. Dlatego każda chwila spędzona bez niej wydaje mi się po prostu pusta.

Dochodziła dopiero osiemnasta, ale na zewnątrz zapanował półmrok. Zanosiło się na burzę. Lecz większy zamęt zdecydowanie był w mojej głowie. Krążyłam po pokoju, po czym rzuciłam się na łóżko i gapiąc się przed siebie próbowałam to wszystko sobie jakoś poukładać.

Zatem. Spotkałam chłopaka, którego istnienie okazywało się być największą z zagadek. Ani matka nie przypominała sobie o jego obecności, ani Corwin nie chciał wierzyć mym słowom i wszystko zwalał na moją wyobraźnię. W dodatku był jakiś spięty, gdy wspominałam o Louisie...

Z natarczywego przypływu myśli wyrwał mnie brzęk obijanego szkła. Spojrzałam w okno i ujrzałam soczyste krople spływające po szybie. Zaczęło padać.

~Ok Mel, masz dwa wyjścia. Możesz o tym wszystkim po prostu zapomnieć. Możesz również spróbować sama się czegoś dowiedzieć.~

Ponieważ nie umiałam wyrzucić z pamięci pasiastego T-Shirta idealnie opinającego tors, ani lazurowych oczu, druga opcja wydała mi się o wiele lepsza. Tylko... od czego zacząć? Wtedy mnie olśniło.

~Strych!~

Biegiem wtargnęłam na górę i otworzyłam drzwi kierujące na poddasze. Mimo szalejącej na zewnątrz ulewy panował tu niemiłosierny zaduch. Zbliżyłam się do stojących w kącie pudełek i zaczęłam przeglądać ich zawartość. Mój wzrok utkwił na jednej z fotografii. Młody chłopak, w rozczochranej fryzurze i okularach nerda otulał swymi ramionami trzy urocze dziewczynki. Przypomniały mi się słowa matki.

~Z tego, co kojarzę, mają trzy córeczki...~

I te oczy, ten uśmiech bruneta. Poznałabym jego twarz w nawet największym mroku.

~Louieh... Wiedziałam.~

Przeciągnęłam delikatnie opuszkami palców po zdjęciu, po czym odwróciłam je na drugą stronę. Dojrzałam nakreślony kobiecą ręką napis.

 "12 sierpnia 2010.
Mój mały mężczyzna i kochane aniołki. Kocham Was, mama."

Fotografia została wykonana dokładnie trzy lata temu.

~Ciekawe, czemu nic nie wspomnieli mamie o synu...~

Patrzyłam jeszcze chwilę na zdjęcie, kiedy podskoczyłam jak oparzona. Piorun uderzył gdzieś niedaleko domu.

~Cholera.~

Chciałam wrócić do przeszukiwania pudła, gdy lodowaty dreszcz przebiegł wzdłuż mojego kręgosłupa. Jednocześnie poczułam piekące spojrzenie na sobie. Nie byłam sama.

- Cześć słoneczko. - odezwał się niski, choć dziwnie przyjazny głos.

Moje ciało zaczęło drżeć, jednak coś kazało mi się odwrócić i spojrzeć w stronę "gościa". Gdy moje oczy uniosły się ku górze, zamarłam. To był on.

- L...LLouis!? Co Ty tu do cholery robisz?? I jak dostałeś się do środka?? - wydukałam jeszcze szerzej otwierając oczy.
- Na drugi raz zamykaj od środka drzwi skarbie. - odrzekł widocznie rozbawiony.

Mogłabym przysiąc, że je zamknęłam. Choć byłam tak zszokowana i chyba przerażona, że zaczęłam w to wątpić.

- Nie złość się, chciałem Cię po prostu znów zobaczyć. Nasza ostatnia rozmowa niezbyt nam wyszła. - odrzekł, uśmiechając się niewinnie. - Naprawdę nie musisz się mnie obawiać.
- Więc dlaczego... Dlaczego ostatnio tak po prostu zniknąłeś? - zapytałam, spuszczając wzrok.

Gdy po chwili ciszy nie uzyskałam odpowiedzi, niepewnie spojrzałam z powrotem w górę. Poczułam mrowienie na całym ciele. Louis stał tak blisko. Nawet nie wiem, kiedy dystans między nami tak niebezpiecznie się zmniejszył. Ciepły uśmiech dalej gościł na jego twarzy. Uniósł swą dużą dłoń, by pogładzić mnie po policzku. Moją cerę od razu oblało uczucie gorąca, na co brunet zaniósł się serdecznym śmiechem. W jego oczach było widać iskierkę zadowolenia. I tyle uczucia... Naszą głęboką wymianę spojrzeń przerwał głos Louisa.

- Co tam trzymasz? - zapytał, zerkając na dłoń, w której tkwiła fotografia.
- N.. Nic takiego. - wyjąkałam, chowając zdjęcie za plecami.
- Przecież widzę. - potrząsnął głową i delikatnie uniósł mą dłoń, by wydostać z niej błyszczący kawałek papieru.
- Mama Cię nie uczyła, że  to nie ładnie szperać w cudzych rzeczach? -rzekł żartobliwie, nie odrywając wzroku z fotografii. Choć na jego ustach widniał ten sam uśmiech, to w jego oczach mogłam zauważyć ból i smutek...
- Ja.. Ja po prostu chciałam zrozumieć... - jęknęłam, czerwieniąc się jak burak.

Chłopak spojrzał momentalnie na mnie i jakby wyczuł, co próbuje powiedzieć.

- Oj Mel... - westchnął. - Za dużo chcesz na raz wiedzieć...
- Ja chcę tylko zrozumieć... Zrozumieć, czemu każdy wpiera, że od dawna Cię tu nie ma, skoro właśnie przede mną stoisz.
- Dlatego tam grzebałaś? - jęknął wskazując ręką na zakurzone kartony. - Sam bym Ci wyjaśnił... Stopniowo...
- A skąd miałam mieć pewność, że jeszcze się zjawisz? Tyle czasu minęło, od Twojej poprzedniej wizyty... I jeszcze Corwin nie wierzył, że Cię widziałam...
- Corwin? - zapytał, unosząc brwi do góry w geście zdumienia.
- Twój dawny przyjaciel. Mówił, że od dawna Cię nie widział.
- Corwin... to... Myślę, że nie powinnaś się z nim widywać. - odpowiedział z nutką... złości?
- A to niby dlaczego?- zapytałam, coraz bardziej zirytowana całą tą sytuacją.
- Po prostu. To nie jest odpowiedni towarzysz dla Ciebie. - wycedził przez zęby.
- Wiesz co? Mam dość Twoich tajemnic. Jeśli nie masz mi nic ciekawego do powiedzenia, to sama się czegoś dowiem. - fuknęłam i podniosłam z podłogi penetrowane przeze mnie wcześniej pudełko.
- Proszę, odłóż to.- powiedział wręcz błagalnym tonem.

To tylko wzmocniło moją ciekawość. Kiedy widział, że jego prośby niewiele dają, zbliżył się, zmniejszając dystans pomiędzy nami praktycznie do zera, i spróbował odebrać mi to, co kurczowo trzymałam blisko swego ciała. Po krótkiej szarpaninie usłyszałam brzęk metalu uderzającego o podłoże. Schyliłam się i podniosłam mały, zardzewiały kluczyk.

- Od czego on jest? - spytałam, patrząc w oczy Lou.

Jego spojrzenie się zmieniło. Wzrok był zwyczajnie pusty. Bez jakichkolwiek emocji... Chłopak odwrócił się ode mnie plecami i zerkał przez małe okienko na podwórze. Pełna determinacji wychyliłam się zza jego ramienia i zdałam sobie sprawę, że oczy Louieh'go zastygły na starej altance.
Zbiegłam szybko po schodach, po czym wybiegłam do ogrodu, nie zważając na nieustający deszcz.
Od razu skierowałam się ku drzwiom budynku. Nawet nie zorientowałam się, kiedy Louis znalazł się koło mnie, by powstrzymać mnie od otworzenia zamku.

Byłam już tak blisko. Nie mogłam się teraz wycofać. Szybkim ruchem odtrąciłam rękę bruneta, po czym włożyłam i przekręciłam kluczyk. Pasował idealnie. Wtedy ogarnął mnie dziwny niepokój. Głośne westchnięcie Louisa wcale mi tego nie ułatwiało. Wyczuwałam jego...strach. On widocznie bał się tego, co za chwilę miałam zobaczyć.

Wzięłam głęboki oddech i weszłam do środka. W pomieszczeniu nie było nic. Nie licząc wiszących na ścianach zdjęć i wycinków z gazet. Poczułam nagły ucisk w lewej piersi. Żołądek wywracał mi się na drugą stronę, kiedy badałam wzrokiem kolejne nagłówki.

"Tragedia w młodzieżowym kampusie".
" Denver 2010. Miała być zabawa i śmiech, skończyło się na łzach i żałobie."
"Nastolatek odbiera sobie życie pod koniec turnusu."

Osłupiała odwróciłam się w stronę Louisa, który wciąż stał w progu. Spojrzałam na niego pytającym wzrokiem, ale nie wzbudziło to w nim żadnej reakcji. Zbliżyłam się do jednej ze ścian i zaczęłam czytać jakąś dłuższą notkę, zapewne wyciętą z większej gazety.

"...chłopak spędzał wakacje na obozie ze swym przyjacielem. Przez cały czas towarzyszył mu dobry humor i nic nie wskazywało na to, by miał jakieś problemy. W sobotni ranek, ostatni weekend pobytu, ciało dwudziestojednoletniego Louisa Tomlinsona znaleziono w jego pokoju. Młodzieniec leżał na łóżku, a na szafce nocnej znaleziono butelki po wysokoprocentowym napoju i fiolki z różnymi lekarstwami. Podjęte w tej sprawie śledztwo wkrótce zamknięto, gdyż uznano, że chłopak popełnił samobójstwo..."

~Ciało dwudziestojednoletniego Louisa Tomlinsona znaleziono w jego pokoju... Uznano, że chłopak popełnił samobójstwo...~

Te dwa zdania wciąż były cierniem w mych oczach. Poczułam, jak napływają mi do nich łzy, które ciurkiem wydostają się na zewnątrz.

- Mel... - usłyszałam ciche jęknięcie Lou. Chciał się do mnie zbliżyć, ale zastygł w połowie ruchu.

Zrobiło mi się słabo. Osunęłam się na ziemię i przyciągnęłam kolana jak najbliżej klatki piersiowej. Siedziałam tak, patrząc na postać stojącą przede mną.

~Czy ja straciłam głowę dla... ducha!?~

__________________________________________________________________

No i jest, dowiedzieliśmy się, kim jest tajemniczy Louis. Jaką decyzję podejmie teraz Mel? Co zrobi Louis? Okaże się wkrótce ;)